The Strange Thing About The Johnsons
Słuchajcie no, bo mam wam coś opowiedzieć o Johnsonach. O tych Johnsonach, co to mieszkają… no właśnie, nieważne gdzie. Pewnie macie takich swoich Johnsonów w okolicy. I chodzi o to, że coś jest z nimi *dziwne*. Nie w taki przerażający sposób, ale bardziej w ten… *intrygujący*.
Kwestia ogrodzenia i krasnali ogrodowych.
Weźmy na przykład ich ogród. Normalni ludzie mają trawnik, jakieś kwiatki, może drzewko. Ewentualnie grilla. A Johnsonowie? Johnsonowie mają twierdze z krasnali ogrodowych. Serio. Myślałam, że to ja mam hopla na punkcie dekoracji, ale oni to podnieśli do poziomu artystycznego zamieszania. Jeden krasnal gra w szachy z wiewiórką (którą, podejrzewam, też pomalowali na zielono). Drugi wędkuje w wiadrze. Trzeci robi... no dobra, trzeci robi coś, czego wolałabym nie opisywać przy śniadaniu. I wszystko to otoczone jest płotem z pomalowanych opon. Poważnie. Płot z opon. Znam ludzi, którzy mieliby problem z ustawieniem prosto zwykłego płotu. A oni? Oni mają *oponowe dzieło sztuki*.
Coś w kuchni się dzieje...
Ale to tylko wierzchołek góry lodowej Johnsonów. Ostatnio dowiedziałam się, że pani Johnson robi przetwory z… wszystkiego. Słyszałam o dżemie z truskawek, o ogórkach kiszonych. Ale dżem z buraków? Marynowane arbuzy? Zdjęcia tego cuda krążą po naszej grupie na facebooku i szczerze? Sama nie wiem, czy chcę to spróbować. Może powinnam, żeby w pełni zrozumieć to szaleństwo?
"Normalne" rozmowy z Johnsonami.
A rozmowy z nimi? To już w ogóle inna planeta. Zapytałam pana Johnsona jak idzie mu sadzenie pomidorów. Odpowiedział, że rozmawia z nimi, żeby szybciej rosły. Serio. Że opowiada im kawały i czyta poezję. I wiesz co? On ma najpiękniejsze pomidory w okolicy! Może w tym szaleństwie jest metoda? Może powinniśmy wszyscy zacząć czytać naszym roślinom Mickiewicza?
Kiedyś zapytałam, dlaczego mają trzy psy rasy chihuahua ubrane w sweterki w kaczuszki. Odpowiedź pani Johnson? “Bo im zimno, a kaczuszki są urocze”. Logiczne. Nie ma co drążyć. Zresztą, te pieski wyglądają na szczęśliwe. A kto by się nie uśmiechał w sweterku w kaczuszki?
Ale wiecie co? Pomimo tego całego dziwactwa, Johnsonowie są wspaniali. Są serdeczni, zawsze gotowi pomóc. To oni pierwsi przynoszą ciasto, jak się przeprowadzisz. To oni organizują najfajniejsze grille, z dżemem z buraków (może jednak spróbuję…?). To oni potrafią rozśmieszyć, nawet w najbardziej ponury dzień. Może to właśnie ich szaleństwo sprawia, że są tacy wyjątkowi?
Więc, następnym razem, kiedy usłyszycie “Johnsonowie”, pamiętajcie, że to nie tylko kolejne małżeństwo z sąsiedztwa. To definicja *osobliwości* i *radości życia*. I wiecie co? Trochę im zazdroszczę. Chyba i ja kupię sobie krasnala. A może i pomaluję wiewiórkę na zielono? Kto wie… świat Johnsonów zaczyna mnie wciągać. I całkiem mi z tym dobrze. Możecie się z nich śmiać, ale to właśnie oni żyją pełnią życia. I za to ich uwielbiam.
Johnsonowie – niech nam żyją i królują! Niech sieją zamęt swoim krasnalowym królestwem! A ja… lecę zobaczyć, czy pan Johnson nie potrzebuje pomocy w tłumaczeniu Mickiewicza na język pomidorów.
