My Chemical Romance Three Cheers For Sweet Revenge
Pamiętasz te czasy, kiedy emo królowało? Kiedy czarny eyeliner był obowiązkowy, a muzyka musiała być… intensywna? No to mamy coś idealnego dla Ciebie! Przedstawiam Ci Three Cheers For Sweet Revenge od My Chemical Romance. To album, który wjechał z buta na scenę muzyczną i sprawił, że wszyscy zaczęli pisać wiersze o nieszczęśliwej miłości i wampirach.
Ale serio, o co tyle szumu? Otóż, Three Cheers… to po prostu kawał dobrej, emocjonalnej jazdy bez trzymanki. To nie jest album, który sobie włączysz do sprzątania. To album, który włączasz, kiedy chcesz poczuć, że ktoś naprawdę rozumie Twój nastoletni (lub, umówmy się, i dorosły) dramat. Albo po prostu chcesz się powyżywać, skacząc po pokoju i drąc się w niebogłosy.
O co w tym wszystkim chodzi?
Wyobraź sobie historię miłosną rodem z horroru. Gość zakochuje się w dziewczynie. Dziewczyna ginie. Gość podpisuje pakt z diabłem, żeby ją odzyskać. Musi zabić tysiąc złych ludzi. Brzmi jak dobry film akcji, prawda? No właśnie! Taki jest mniej więcej koncept tego albumu. Ale nie przejmuj się, jeśli nie ogarniasz całej fabuły. Ważne, że muzyka jest mega.
Dlaczego to jest takie fajne?
Po pierwsze, energia! Utwory takie jak "Helena" czy "Thank You for the Venom" to prawdziwe petardy. Gitary ryczą, perkusja wali, a Gerard Way śpiewa z takim zaangażowaniem, że ma się wrażenie, że zaraz wyskoczy z głośników. To muzyka, która po prostu porywa.
Po drugie, teksty. Owszem, czasem są trochę przesadzone. Ale właśnie o to chodzi! To poezja dla ludzi, którzy nie lubią poezji. To wiersze o złamanym sercu, śmierci, zemście i... no dobra, wampirach. Ale w taki fajny, komiksowy sposób.
"Give me a shot to remember And you can take all the pain away from me"
Pamiętasz to? Klasyka! I to jest kwintesencja Three Cheers…. Trochę dramatu, trochę kiczu, a przede wszystkim dużo emocji. To album, który pozwala Ci poczuć wszystko na maksa. I to jest super.
Po trzecie, klimat. Three Cheers… ma swój własny, niepowtarzalny styl. To trochę punk rock, trochę emo, trochę horror, a trochę teatr. To jak połączenie "Romea i Julii" z filmem Tarantino. Dziwne? Może. Ale na pewno wciągające.
Czy warto to sprawdzić?
Zdecydowanie tak! Nawet jeśli nie jesteś fanem emo, daj szansę Three Cheers For Sweet Revenge. Może odkryjesz, że w głębi duszy masz małego emo-dzieciaka, który czeka tylko na to, żeby wyjść na światło dzienne. A jeśli już jesteś fanem, to… no cóż, wiesz, o czym mówię. To album, do którego zawsze się wraca.
To muzyka, która sprawia, że czujesz się… żywy. A w dzisiejszych czasach to chyba całkiem niezły komplement, co?
Więc włącz "Helena", podkręć głośność i przygotuj się na niezapomnianą podróż w głąb mrocznego, romantycznego świata My Chemical Romance. Nie pożałujesz!
