My Chemical Romance The Black Parade
Dobra, posłuchajcie. Muszę coś przyznać. Coś, co pewnie sprawi, że niektórzy fani My Chemical Romance rzucą we mnie pomidorami (ale tylko tymi ekologicznymi, proszę! Jestem wrażliwa!). Chodzi o… The Black Parade.
Tak, wiem. To świętość. Arcydzieło. Kamień milowy emo. I spoko, rozumiem. Rozumiem ten sentyment. Rozumiem te czarne płaszcze, marsze wojskowe i te wszystkie rozmazane eyelinerki. Byłam tam. Też to przeżyłam. Ale...
Czy to... trochę przereklamowane?
Zanim zaczniecie wzywać demony, pozwólcie mi się wytłumaczyć. The Black Parade to na pewno ambitna płyta. Bardzo ambitna. Z bardzo poważnym tematem (śmierć, umieranie, refleksje egzystencjalne – wiecie, standardowy stuff, jak na licealistę). Ale czy momentami nie jest aż za bardzo?
Serio, słuchając tego albumu, czuję się trochę jakbym brała udział w maratonie żałobnym. Ciągłe lamenty, dramatyczne wyznania, monumentalne refreny... Brakuje tylko, żeby ktoś mi wcisnął chusteczkę do nosa. Po kilku utworach mam ochotę założyć jaskrawożółty sweter i puścić coś weselszego. Może disco polo? (żartuję! Trochę).
Powiedzmy to sobie szczerze...
Czy tylko ja uważam, że niektóre utwory są po prostu... nudne? Okej, "Welcome to the Black Parade" to hymn. Klasyk. Ale potem robi się trochę... powtarzalnie? Wszystko brzmi tak samo epicko, tak samo smutno, tak samo... przewidywalnie. Gdzie ten bunt? Gdzie ta energia, która sprawiała, że wcześniejsze płyty MCR były tak zajebiste?
“Kiedy byłem małym chłopcem, mój ojciec zabrał mnie do miasta…”
No dobra, rozumiem metaforę, ale czy naprawdę musimy przez to przechodzić za każdym razem? Może krócej? Szybciej? Z większą ilością gitar? Proszę!
Nie zrozumcie mnie źle. Szanuję Gerarda Waya i całą ekipę My Chemical Romance. Uważam, że są niesamowicie utalentowani. I doceniam, że chcieli zrobić coś ambitnego i ważnego. Ale dla mnie, The Black Parade to trochę jak tort czekoladowy posypany brokatem i podany na złotym talerzu. Smaczny, ale trochę za dużo na raz.
Wolę prostszą czekoladę. Albo, wiecie, po prostu dobry kawałek pizzy. Czasami mniej znaczy więcej.
Może to kwestia wieku? Może po prostu wyrosłam z emo? Może powinnam oddać swoje czarne ubrania i zacząć słuchać muzyki relaksacyjnej? (żartuję! Trochę bardziej poważnie tym razem…).
Ale jedno jest pewne: wciąż uwielbiam My Chemical Romance. I mimo wszystko, szanuję The Black Parade. Po prostu... nie jest to moja ulubiona płyta. I wiem, że to straszne, co powiedziałam. Ale musiałam to z siebie wyrzucić.
Teraz możecie zacząć te pomidory. Tylko celujcie dobrze, bo mam okulary!
