King Arthur Legend Of The Sword 2017
Pamiętacie Króla Artura? Tego gościa z mieczem i okrągłym stołem? No więc, wyobraźcie sobie, że ktoś postanowił mu dać porządnego kopa w tyłek i przenieść go w XXI wiek… ale zostawić gdzieś w średniowieczu. Brzmi dziwnie? No właśnie, tak mniej więcej wygląda film Król Artur: Legenda Miecza z 2017 roku.
Artur na ulicy? Serio?
Zapomnijcie o pałacach i dostojnych rycerzach od początku. Ten Artur wychowuje się na ulicy. Tak, dokładnie tak! Jest szefem gangu, ogarnia interesy w Londinium (czyli Londynie, ale po rzymsku, wiecie, dla klimatu) i w sumie ma gdzieś, że jego wujaszek, niejaki Vortigern, jest paskudnym królem, który morduje ludzi dla magicznej mocy. Trochę jakby Batman wychowywał się na bagnach, a potem dowiedział się, że ma miecz, który robi "bum!".
Miecz, który robi "bum!"?
No prawie. Chodzi o Excalibur. Miecz wbity w kamień. I to nie jest tak, że Artur po prostu go wyciąga i pyk, zostaje królem. O nie, ten miecz ma moc, która dosłownie wgniata cię w glebę. Wyciągnięcie go z kamienia to jak dostanie piorunem, a potem próba ogarnięcia, co się właśnie stało. Nasz Artur po pierwszym kontakcie z Excaliburem ma minę jak człowiek, który właśnie zobaczył jednorożca grającego na ukulele.
I tu zaczyna się zabawa. Bo nagle okazuje się, że Artur musi się zmierzyć nie tylko ze swoim wujaszkiem, ale i z własnym przeznaczeniem. A przeznaczenie ma wredną tendencję do stawiania przeszkód. Jakich? A no na przykład gigantyczne węże, które rzucają zaklęcia, albo wojsko zmutowanych wojowników. Serio, to trzeba zobaczyć.
Gangsterka i magia? Czemu nie!
Film ma naprawdę specyficzny klimat. Trochę jak "Peaky Blinders" spotyka "Władcę Pierścieni". Mamy brudne uliczki, szybkie dialogi, i masę akcji. Do tego dodajcie szczyptę magii i dziwnych stworzeń, a otrzymacie mieszankę, która albo was zachwyci, albo kompletnie odrzuci. Ale jedno jest pewne – nie będziecie się nudzić.
Vortigern, zagrany przez Jude'a Law, to absolutny czarny charakter. Typ, którego po prostu chcesz zdzielić patelnią. I wiecie co? To jest w tym filmie fajne! Bo on nie jest tylko zły dla zasady. On ma swoje motywacje, które są naprawdę, naprawdę pokręcone.
No i wisienka na torcie – drużyna Artura. Mamy mistrza walki, sprytnego taktyka, gościa od mokrej roboty i maga, który wygląda jak wyjęty z hipsterskiej kawiarni. Razem tworzą ekipę, która jest naprawdę zgrana i zabawna. Ich teksty i interakcje to jeden z najjaśniejszych punktów filmu.
Czy Król Artur: Legenda Miecza to idealny film? Absolutnie nie. Ma swoje wady, dziwne rozwiązania fabularne i momenty, w których zastanawiasz się, co autor miał na myśli. Ale ma też w sobie coś, co sprawia, że chce się go oglądać. Może to ten specyficzny humor, może ta szalona akcja, a może po prostu lubimy historie o gościach, którzy wychodzą z bagna i zostają królami. Tak czy inaczej, warto dać mu szansę. Może się okazać, że ten Artur wam się spodoba bardziej, niż myślicie.
