Harold & Kumar Go To White Castle
Okej, słuchajcie, jeśli jeszcze nie widzieliście Harolda i Kumara idą do White Castle, to… serio? Gdzie byliście przez ostatnie, powiedzmy, dwadzieścia lat?! Musicie to natychmiast nadrobić. Mówię to jako osoba, która uważa, że komedia to lekarstwo na całe zło świata. I ta konkretna dawka jest wyjątkowo skuteczna.
Mamy tu dwóch kumpli, Harolda i Kumara (jak sama nazwa wskazuje!), którzy są kompletnym przeciwieństwem, ale jednocześnie nierozłączni jak…frytki i ketchup? Piwo i pizza? Wybierzcie swoje ulubione połączenie, bo to właśnie to. Harold jest gościem, który wszystko planuje, ogarnia, martwi się o przyszłość. Kumar natomiast… no cóż, powiedzmy, że ma luźniejsze podejście do życia. Bardziej "żyj chwilą", rozumiecie? I pewnego wieczoru, po prostu oglądają telewizję, kiedy…boom! Reklama White Castle. Nagle nachodzi ich nieodparta, absolutnie paląca ochota na te małe, kwadratowe burgery.
I tu zaczyna się przygoda! Nie, to nie jest zwykła przejażdżka do najbliższego fast foodu. To epicka, wręcz odysejska podróż, pełna absurdalnych sytuacji, nieoczekiwanych spotkań i…dużo, naprawdę DUŻO marihuany. To jak "Władca Pierścieni", tylko zamiast pierścienia mają chęć na White Castle. Zamiast orków - rasistowskich gliniarzy. I zamiast Gandalfa - pewnego Neil Patricka Harrisa grającego samego siebie… ale o tym za chwilę.
Dlaczego to jest takie genialne?
Bo to jest głupie. Ale w dobrym sensie! To taki rodzaj głupoty, która sprawia, że śmiejesz się do rozpuku, zapominając o wszystkich problemach. To komedia eskapistyczna w najczystszej postaci. Poza tym, film ten to wspaniałe połączenie humoru sytuacyjnego i gagów wizualnych. Przykład? Proszę bardzo: scena z gepardem (tak, gepardem!), albo ta z psem, który... sami zobaczycie.
A co z Neilem Patrickiem Harrisem?
Aaa, NPH… to jest mistrzostwo świata! On w tym filmie po prostu szaleje. Gra absolutnie przerysowaną wersję siebie, pełną autoironii i bezpretensjonalnego luzu. To jego rola w Harold and Kumar tak naprawdę wystrzeliła jego karierę na nowe tory. I nie ma co ukrywać - on jest jedną z najjaśniejszych gwiazd tego filmu. Może nawet świeci jaśniej niż White Castle w nocy...
Nie zapominajmy też o przesłaniu! Pod tą warstwą szaleństwa i absurdalnych gagów kryje się historia o przyjaźni, lojalności i pokonywaniu własnych lęków. To film o tym, że warto iść za głosem serca (i żołądka!), nawet jeśli droga wydaje się długa i kręta.
Okej, przyznaję, może trochę przesadzam. Może nie jest to "Obywatel Kane" komedii. Ale z całą pewnością jest to film, który potrafi poprawić humor nawet w najbardziej ponury dzień. I, co najważniejsze, udowadnia, że czasem wystarczy chęć na kwadratowe burgery, żeby przeżyć niezapomnianą przygodę. Więc wyłączcie myślenie, włączcie Harolda i Kumara i przygotujcie się na dawkę śmiechu, jakiej dawno nie doświadczyliście.
I, na wszelki wypadek, zamówcie od razu paczkę małych, kwadratowych burgerów. Bo po obejrzeniu tego filmu, na pewno będziecie mieli na nie ochotę. Zaufajcie mi.
