Electric Light Orchestra Mr Blue Sky
Czy znasz ten moment, kiedy budzisz się po okropnej burzy i nagle widzisz słońce przebijające się przez chmury? Właśnie taki jest dźwięk Mr. Blue Sky zespołu Electric Light Orchestra (ELO). To piosenka, która od lat wywołuje uśmiech na twarzach ludzi na całym świecie. Ale czy wiesz, że historia jej powstania jest równie zwariowana, jak sama muzyka?
Narodziny w Alpach
Wyobraź sobie: Jeff Lynne, lider ELO, utknął w szwajcarskich Alpach. Nie chodziło o relaksujące wakacje z drinkiem z palemką. Facet był tam po prostu uwięziony przez koszmarną pogodę. Kilka tygodni deszczu, śniegu i mgły. Koszmar każdego artysty! Lynne siedział w swoim pokoju hotelowym, zaczynał popadać w lekką depresję, a na zewnątrz pogoda nie zamierzała się poprawić.
I wtedy, BOOM! Po sześciu dniach kataklizmu, niebo się przejaśniło. Słońce! Błękit! Ptaki śpiewają! Lynne był tak zachwycony, że natychmiast zaczął pisać piosenkę. I nie byle jaką piosenkę. To miała być oda do słońca, hymn radości, melodia, która przegoni każdy smutek. Właśnie tak narodził się Mr. Blue Sky. Niektóre źródła wręcz twierdzą, że Lynne napisał większość piosenki w... toalecie hotelowej! Czy to możliwe, że toaleta z widokiem na Alpy była jego muzą?
Symfonia Absurdu?
Mr. Blue Sky to tak naprawdę mini-opera. Zmienia się w zaskakujący sposób. Mamy tu chórki, orkiestrę, syntezatory, głos Lynne'a, który brzmi, jakby próbował śpiewać przez tubę. A potem ten fragment z vocoderem! To totalny odlot. Brzmi jak robot, który wpadł w euforię po zobaczeniu słońca. Kto by pomyślał, że taki miszmasz może się udać? A jednak!
Piosenka jest tak bardzo przerysowana, tak pełna radości, że aż trudno uwierzyć, że ktoś ją w ogóle wymyślił na serio.
A co z tekstem? "Sun is shining in the sky, there ain't a cloud in sight." No dobra, to nie jest poezja na miarę Szymborskiej. Ale czy naprawdę potrzebujemy skomplikowanych metafor, kiedy chcemy wyrazić czystą, prostą radość? Czasem prostota jest kluczem do sukcesu.
Co ciekawe, Mr. Blue Sky początkowo nie był hitem. Owszem, dobrze się sprzedawał, ale nie był oszałamiającym sukcesem. Dopiero po latach, dzięki filmom, reklamom i serialom telewizyjnym, piosenka zyskała status kultowej. I bardzo dobrze! Bo czy jest lepsza piosenka na poprawę humoru w pochmurny dzień?
Wieczny Optymizm
Mr. Blue Sky to nie tylko piosenka. To kapsuła radości. To przypomnienie, że nawet po najgorszej burzy zawsze wychodzi słońce. I że czasem, żeby stworzyć coś naprawdę wyjątkowego, wystarczy utknąć w hotelu w Alpach i trochę deszczu. A może po prostu geniusz Jeffa Lynne'a? W każdym razie, następnym razem, gdy usłyszysz pierwsze dźwięki Mr. Blue Sky, uśmiechnij się. Pamiętaj o alpach, toalecie i robocie z vocoderem. I ciesz się słońcem, nawet jeśli pada deszcz.
