Chris Kattan Will Ferrell Jim Carrey
Słuchajcie no, mam coś na sumieniu. Coś, co pewnie wywoła lekkie oburzenie. Ale co tam, raz się żyje, prawda?
Komediowe święte trójce? No nie wiem...
Wszyscy kochają Chrisa Kattana, Willa Ferrella i Jima Carreya. To pewniaki komediowego panteonu. Królowie min, mistrzowie improwizacji, guru dziwactw. No i super. Ale… czy aby na pewno są aż tak bezkonkurencyjni? No nie wiem. Może to ja jestem dziwny.
Chris Kattan: Mankament Butthead'a
Dobra, zacznijmy od Chrisa Kattana. Kochamy Mango. I Buttheada. I Azaria Francisco. To fakt. Ale czy to nie jest tak, że jego humor jest trochę… zbyt krzykliwy? Trochę za dużo machania rękami? Rozumiem, konwencja Saturday Night Live wymaga pewnej przesady, ale czasem miałem wrażenie, że bardziej się starał, niż był śmieszny. No wiecie, ten typ humoru, co niby ma być głupi, a jest po prostu… męczący?
No dobra, niech będzie. Mango był genialny. Tu się nie kłócę.
Will Ferrell: Czy Król jest Nagi?
Teraz Will Ferrell. Anchorman, Elf, Ricky Bobby. Kultowe role! Ale… czy on się nie robi trochę powtarzalny? Ten jego typ komedii, oparty na kompletnym braku świadomości bohatera, jest świetny. Przez pierwsze pięć filmów. Potem zaczyna się zlewać w jedno. I nagle się orientujesz, że znowu oglądasz gościa, który myśli, że jest najmądrzejszy na świecie, a tak naprawdę jest idiotą. I to już widziałeś. I to już wiesz. I gdzie tu zabawa?
Naprawdę nie chcę brzmieć jak hejter. Kocham Anchormana. Ale… może potrzebuje jakiejś nowej roli? Jakiegoś wyzwania? Bo na razie mam wrażenie, że odcina kupony od swojej dawnej sławy.
Jim Carrey: Genialny, ale…
Okej, ostatni na liście: Jim Carrey. Tu już robi się naprawdę niebezpiecznie. Bo kto nie lubi Ace Ventury? Kto nie płakał ze śmiechu na Masce? Genialne role, niepodważalny talent. Ale… czy ten jego gumowy wyraz twarzy, te jego przerysowane gesty… czy to się nie robi trochę… za dużo? Czasem mam wrażenie, że bardziej oglądam pokaz umiejętności, niż prawdziwą komedię. Jakby chciał nam powiedzieć: "Patrzcie, co potrafię! Jestem elastyczny! Jestem szalony!".
Rozumiem, to jest jego znak rozpoznawczy. Ale czasem mniej znaczy więcej. Trochę subtelności, panie Carrey, trochę subtelności!
No i co? Ukamienujecie mnie teraz? Pewnie tak. Ale musiałem to z siebie wyrzucić. Może po prostu mam inny gust. Może wolę komedię, która jest trochę mniej… oczywista? Nie wiem. Wiem tylko, że ta komediowa święta trójca, choć niewątpliwie utalentowana, czasem mnie po prostu męczy. Koniec kropka.
