UA-62646839-1
List

Czytelniczka bloga zapytała mnie kiedyś o rynek tłumaczeń literackich: jeśli chcemy tłumaczyć rzeczy, które samemu chciałoby się czytać, czy da się z takiej pracy wyżyć, czy raczej trzeba się pogodzić z tłumaczeniem instrukcji obługi pralek?

Odpowiedź jest naprawdę złożona (zwłaszcza że tak naprawdę to kilka pytań w jednym – np. “Czy da się wyżyć z tłumaczenia książek?”, ale też “Jak zostać tłumaczem literackim?”, a nawet “Czy naprawdę trzeba tłumaczyć książki, żeby mieć satysfakcję z pracy?

Pamiętam, że na pierwszym roku studiów filologicznych prawie każdy z nas miał pomysł, że będzie w życiu tłumaczył książki. Dlatego dzisiaj spróbuję odpowiedzieć chociaż na to pierwsze pytanie, a kolejnym przyjrzymy się innym razem.


Może należy zacząć od tego, że rynek książki w Polsce jest wypadkową kilku czynników. Z jednej strony – wiadomo, Polacy czytają niewiele. Raport na temat czytelnictwa wydany w 2011 roku przez Bibliotekę Narodową mówi, że Polacy, którzy przez rok nie tknęli palcem ani jednej książki (“nawet kucharskiej”), stanowią większość, bo książki czyta 44% Polaków. Z tych 44% znaczna większość czyta mało (1-6 książek rocznie), a tylko 11% Polaków czyta regularnie (więcej niż 6 książek rocznie).

Wg tego samego raportu książki czyta 84% Czechów. Może jest to porównanie nie fair, bo wskutek różnic historycznych i kulturowych jest to porównywanie pięści do nosa (Mariusz Szczygieł w książce Láska nebeská podkreśla, że Czesi są najbardziej rozczytanym narodem Europy – “czeskie odrodzenie narodowe stawiało nie na powstania zbrojne, ale na książki”, przez co statystyczny Czech ma w domu prawie 250 książek). Ale tak czy owak nasze 44% nie napawa optymizmem.

(Dłuugi nawias dygresyjny – nie mam pojęcia, ile mam w domu książek i wydaje mi się, że w samym pytaniu jest coś obciachowego, bo książka traktowana jest jako symbol statusu i legitymacja osoby wykształconej. Przecież są ludzie oczytani, którzy po prostu korzystają z bibliotek, inni mają książki w domu, ale ich nie czytają. Jak napisał Seneka De tranquilitate, „Wielu ludzi niewykształconych nie dorównuje wykształceniem niewolnikom, wykorzystując książki nie jako narzędzia służące nauce, lecz ozdobę jadalni” (non studiorum instrumenta, sed cenationum ornamenta) – przypomina mi się niejaki Klosterman, który w osiemnastowiecznej Rosji dorobił się fortuny, sprzedając dworzanom Katarzyny Wielkiej makulaturę pięknie oprawioną w skórę (dworzanie mieli w ten sposób zyskać w oczach wykształconej carycy jako posiadacze „bibliotek”, o czym wspomina Michael Olmert w The Smithsonian Book of Books, Waszyngton 1992).


Z drugiej strony Polacy są całkiem licznym narodem. Biorąc pod uwagę samych tylko dorosłych (a dzieci i młodzież czytają o wiele więcej), po co najmniej jedną książkę w języku polskim sięga w ciągu roku jakieś 13 mln osób, czyli więcej, niż jest Czechów na świecie. To jest pewien plus.

Z trzeciej strony nawet kilkanaście milionów czytelników, zwłaszcza w rozwiniętym, ale niezbyt zamożnym kraju takim jak Polska, to niezbyt wiele. Wydawca polski próbuje wykroić kawałek śmiesznie małego tortu w porównaniu z wielkimi językami świata (angielski, hiszpański, portugalski, chiński), gdzie potencjalnych czytelników można liczyć w dziesiątkach czy setkach milionów.


Z jeszcze innej strony Polacy lekceważą literaturę polską. Wg tego samego raportu co drugi tytuł wydawany w Polsce jest tłumaczeniem, a w dodatku książki tłumaczone mają zwykle wyższe nakłady. Oznacza to, że 70% egzemplarzy trafiających co roku na rynek to przekłady (z czego lwia część to przekłady z angielskiego). Z punktu widzenia tłumacza to dobra wiadomość, choć oczywiście jest to śmiech przez łzy.

Do tego tłumacz w polskiej kulturze ma pozycję dość słabą. Jest kilku tłumaczy dość powszechnie znanych i cenionych (np. Stanisław Barańczak albo Bartosz Wierzbięta) i kilku dawnych tłumaczy legendarnych (najbardziej znany to zapewne Tadeusz Boy-Żeleński), jednak zrozumienie roli i znaczenia tłumacza jest u nas niskie (tu na ten temat artykuł znakomitego tłumacza i literaturoznawcy Jerzego Jarniewicza). Wielu wrażliwych, głębokich tłumaczy (takich jak Marek Bieńczyk, Andrzej Sosnowski, Julia Fiedorczuk czy właśnie Jerzy Jarniewicz) o wiele silniej funkcjonuje w polskiej kulturze jako pisarze, poeci i krytycy literaccy.

Tu więc nie jest dobrze i można się najwyżej pocieszać, że jeszcze gorzej jest w krajach anglojęzycznych, gdzie przekłady stanowią margines rynku, a do całkiem niedawna nazwisko tłumacza często w ogóle nie ukazywało się w przetłumaczonych książkach.


Wszystko to razem sprawia, że polski rynek tłumaczeń nie jest zbyt głęboki. Jeśli rocznie wydaje się np. ok. trzystu tytułów przetłumaczonych z języka francuskiego czy niemieckiego, to przyjmując, że jedna książka ma jakieś 12 arkuszy, cały rynek tłumaczeń literackich w danym roku byłby w stanie wyżywić na przyzwoitym poziomie może z dziesięciu-piętnastu tłumaczy w całym kraju (i to zakładając optymistycznie, że wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami, a nie wznowieniami, no i że są to książki, które “samemu chciałby się czytać”, a nie okropne gnioty, których będziemy się wstydzić).

Wyjątkiem jest znacznie szerszy rynek tytułów angielskojęzycznych, ale biorąc pod uwagę, że stawki za tłumaczenia literackie są mniej więcej o połowę niższe niż za instrukcję pralki, w praktyce odpowiedź i tak brzmi: nie, raczej nie da się wyżyć z samego tłumaczenia książek – nie tylko w Polsce, ale w ogóle w Europie.

Raport na temat tłumaczy literackich opracowany przez Instytut Książki zawiera tak optymistyczne zdania jak “dochody uznanych, profesjonalnych tłumaczy literatury znajdują się na ustalonym dla danego kraju progu ubóstwa lub poniżej niego” (to akurat z tekstu Holgera Focka “Dlaczego mimo wszystko zajmuję się przekładami”), czy “Status tłumacza jako niewidocznej, uległej i niedocenionej siły roboczej w produkcji importowanych tekstów jest obszernie omówiony i opłakany w literaturze” (to akurat Rakafet Sela-Sheffy o tłumaczach w Izraelu).

Dlatego tłumaczenie literackie w większości wykonywane jest przez ludzi posiadających alternatywne źródła dochodu – tłumacze zarabiają na życie, ucząc języków, wykładając na uczelniach albo pracując w instytucjach kultury, publikując własne książki lub artykuły oraz tłumacząc teksty komercyjne.

Czy to źle? W idealnym świecie pewnie tak (jeśli wierzyć wnioskom z tego spotkania na temat kondycji tłumaczy literackich zorganizowanego przez Stowarzyszenie Tłumaczy Literackich, najbliższy idealny świat znajduje się w Francji), jednak w świecie nieidealnym (Polsko, patrzę na ciebie) trzeba sobie radzić w nieidealny sposób i traktować tłumaczenie literackie jako jedno ze źródeł dochodu (i nieproporcjonalnie duże źródło satysfakcji).


Co do pytań pozostałych – jak zostać tłumaczem (tłumaczem w ogóle albo – jeśli ktoś jeszcze reflektuje – literackim) i czy można czerpać satysfakcję z tłumaczenia innych tekstów – innym razem.

Aktualizacja: Dla tych, którzy nie mogą się doczekać, cenną lekturą będzie raport nt. sytuacji tłumacza literackiego w Polsce przygotowany przez Sławomira Paszkieta, członka-założyciela Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.




(c) Piotr Szymczak 2013; źródło obrazka: sqback / 123rf.com.

12 Responses to “Czy da się żyć z tłumaczenia książek”

  1. Czesiek

    Te 84% Czechów, którzy czytają książki mnie naprawdę zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że w dzisiejszych czasach jakiekolwiek społeczeństwo chociażby zbliży się do takiej liczby. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że i my zaczniemy czytać więcej książek.

  2. Marcin

    Moim zdaniem bardzo duży wpływ na poziom czytelnictwa w danym społeczeństwie ma poziom zamożności. Im społeczeństwo biedniejsze, tym jest z tym gorzej. Dlatego nie sądzę, aby sytuacja zmieniła się w najbliższym czasie. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o koszt książek – bo są przecież biblioteki, ale o coś mniej mierzalnego. Myślę, że człowiek z chudszym portfelem ma więcej zmartwień, nie myśli wtedy o czytaniu książek, a o zapewnieniu godnego życia sobie i swojej rodzinie. Potem dochodzi jeszcze poziom edukacji. Im człowiek mniej wykształcony, tym według mnie ma mniejsze potrzeby czytelnicze.

    • admin

      Zgadzam się – statystycznie rzecz biorąc, ma to znaczenie, choć nie jest to zależność wprost – jest wielu głodujących poetów i czytających emerytów, którym się nie przelewa, i wielu nieczytających ludzi zamożnych. Nawet wykształcenie nie zawsze przekłada się na czytelnictwo – to również kwestia promowania postaw w społeczeństwie, weźmy np. system Bibliothèques Départementales de Prêt w powojennej Francji ( http://babin.bn.org.pl/?p=2021 ).

  3. Robert

    Bardzo pesymistyczna notka. Nie znam się na statystykach, wiem tylko, że od kilkunastu lat (od II roku studiów) zajmuję się wyłącznie przekładami literackimi (nie wykonywałem innej pracy) i nigdy nie miałem większych problemów, żeby z tego zajęcia wyżyć, a od pewnego momentu także utrzymać rodzinę.

    • Hellbent

      Ja mam nieco inne doświadczenia niż Robert. Z mojego skromnego punktu widzenia, o pracę tłumacza języka angielskiego wcale w tym kraju łatwo nie jest. Co innego z tłumaczami języków takich jak arabski, czy chiński. Ci rzeczywiście są poszukiwani. Jeśli jednak o język angielski chodzi, rynek jest zdecydowanie przesycony.

      Tak, udało mi się mimo wszystko coś przetłumaczyć za pieniądze. Był to poradnik. Zapłacono mi za niego całkiem sporo, bo na przetłumaczenie całości było tylko 14 dni. Niestety, za każdy następny poradnik proponowano już tylko ok. 2 tysięcy. Przykre to. Szczególnie, że więcej, szybciej, łatwiej i zdrowiej da się zarobić w Warszawie na…. sprzątaniu. Pracując od poniedziałku do piątku. I bynajmniej się do nieprzytomności nie zaharowując.

      Pracowałam jeszcze później trochę przy tłumaczeniu opisów nieruchomości, ale z tłumaczeniem czegokolwiek innego był problem. Tzn. np. dość decyzyjny pan z wydawnictwa Bellona nie chciał się zgodzić na to, żeby dać mi szansę. Najpierw stwierdził, że próbka w postaci przetłumaczonego fragmentu tekstu o niczym nie świadczy, bo taki pokazowy fragment to mogła mi przecież pomagać tłumaczyć ciocia, “albo nawet cała rodzina”. Później zadał kilka pytań kontrolnych o wykładowców, najwyraźniej celem upewnienia się, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się faktycznie studiować na warszawskiej anglistyce. Następnie zapytał, czy mam kopię całej książki, którą życzę sobie przetłumaczyć, w formacie PDF. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że mam “tylko” oryginał, ale że mogę go temu panu pożyczyć. Decyzyjny pan oryginału nie chciał. Pomarudził jeszcze trochę i w końcu stwierdził, że bestseller On Killing napisany przez Dave’a Grossmana “się nie sprzeda”. Cóż, książkę wydało jakiś czas później konkurencyjne wydawnictwo….

  4. Dociekliwy Obsesjonat

    A ja mam pytanie nie do końca, acz pośrednio związane z wpisem o tłumaczeniach. Wynikła dziś na pewnej uczelni następująca kwestia. Wykładowca, w stopniu doktora (specjalizujący się w “tłumaczeniach literackich oraz tłumaczeniach pisemnych specjalistycznych”) stwierdził, tzn. powiedział wprost, że tłumacz nie powinien, ba, że wręcz nie wolno mu, poprawiać oryginalnego tekstu, jeśli są w nim błędy i że nie wolno mu dołączać do tłumaczenia własnych przypisów, bo to nie jego rola, bo “klient może się obrazić” i że to w ogóle niestosowne.

    Abstrahując od tego, że na uczelni zazwyczaj mamy jednak do czynienia z relacją student – wykładowca, nie zaś student – klient; zatkało mnie. Przypisy do “Księgi tysiąca i jednej nocy” zajmują cały oddzielny tom. Przypisy do Kwiatów śliwy w złotym wazonie” to dziesiątki stron… i ogólnie, w bardzo wielu książkach zdarzyło mi się wiele razy widzieć przypisy opracowane przez tłumaczy. I odkąd pamiętam, dobrze opracowane przypisy i komentarze budziły mój, i nie tylko mój, zachwyt…

    Czy całe życie żyję w błędzie?

    • admin

      Myślę, że jak to często bywa, mamy tu do czynienia nie tyle ze sporem (różnicą zdań), ile z nieporozumieniem. Przypisy z pewnością nie powinny być pierwszym narzędziem, po które sięga tłumacz, bo choć z założenia wnoszą coś cennego (nowe informacje), to jednak zaburzają zarazem odbiór tekstu. Więc w tekście naukowym są jak najbardziej wskazane i pożądane, ale już w literackim – niekoniecznie i jeśli się uda ich uniknąć, to dobrze. Co do poprawiania błędów w tekście nieliterackim, wiele zależy od sytuacji. Tłumacz nie powinien działać samowolnie (np. zmieniać tak, jak się mu wydaje właściwe) – choćby dlatego, że przecież tłumacz też może się mylić! – ale też nie powinien pozostawiać błędu bez słowa. Najlepiej skontaktować się z autorem (jeśli to możliwe) albo redaktorem i wspólnie zastanowić się nad problemem.

  5. M.

    A czy może mi Pan powiedzieć, w jaki sposób udało się Panu zostać tłumaczem literatury? Bo zaczynam myśleć, że to po prostu niemożliwe. Warunkiem, które jak jeden mąż stawiają mi wszystkie wydawnictwa, żebym mogła przetłumaczyć u nich książkę, jest… posiadanie listy przetłumaczonych książek.

    Jestem z wykształcenia lingwistką (też po UW), zrobiłam studia podyplomowe z edytorstwa, żeby podciągnąć się w języku polskim. Potrafię robić redakcje i korekty. W mojej poprzedniej firmie (agencja reklamowa) większość tekstów przed publikacją przechodziła przez moje ręce. Mam nawet spore doświadczenie z samymi wydawnictwami, wiele z nich było naszymi klientami. Tłumaczyłam i redagowałam już teksty o objętości kilkudziesięciu, a nawet kilkuset stron. Część pro bono dla różnych organizacji, żeby tylko zdobyć udokumentowane doświadczenie. Ale dla wydawnictw to się nie liczy. Wysyłam CV, próbki, odpowiadam na ogłoszenia. Ale nawet jeśli ktoś oddzwoni, zawsze pada to magiczne pytanie” “Ile pani książek do tej pory przetłumaczyła?”. I na tym niestety rozmowa się kończy.

    Nie piszę tego, żeby się wyżalić. Ale może jako doświadczony tłumacz jest mi Pan w stanie podpowiedzieć, co robię źle? I tak, wiem, że rynek nie jest różowy. Jestem w pełni świadoma, że nie zarobię nigdy na tłumaczeniach tyle, ile zarobiłabym choćby w reklamie. To tylko moje ambicje i marzenia każą mi ciągle próbować.

    • admin

      Problem z takimi radami z mojej strony jest taki, że mógłbym Pani poradzić, jak zostać tłumaczem w 2000 roku… Niestety, nie dowie się Pani tego od tłumaczy ze stażem – lepiej zapytać młodych tłumaczy, którzy sami stawiają właśnie pierwsze kroki.

  6. Weronika

    Mi kiedyś się marzyło zostać tłumaczem, bo pochłaniałam książki kiedy tylko mogłam :) Ale wydaje mi się, że to raczej praca dodatkowa by była :)

    • admin

      O, to z pewnością – dodatkowa praca, i to całe setki godzin :-)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

  Posts

1 2 3 8
November 7th, 2014

Czy film nauczy Cię języka? A jeśli nie, to co nauczy?

#110627640 / gettyimages.com Pod jednym z wpisów pojawił się komentarz z pytaniem, jak się uczyć języka w praktyce: “Powiedzmy, że […]

September 17th, 2014

Anglistyka (i ja) na Festiwalu Nauki w Warszawie!

#171385158 / gettyimages.com Zbliża się Festiwal Nauki, w którym nasz Instytut Anglistyki UW wystawia piekielnie silną reprezentację! Festiwal ma z […]

July 2nd, 2014

Nagroda w konkursie Inspiration for Tomorrow

#466843081 / gettyimages.com Chciałem się pochwalić, a przy okazji podziękować studentom, których głosami wygrałem tegoroczny konkurs Inspiration for Tomorrow w […]

March 8th, 2014

Dzień Kobiet!

February 18th, 2014

Wywiady z tłumaczami (języki różne), fanpage z ciekawostkami anglistycznymi

Czytelniczka bloga (była studentka, a teraz  koleżanka) podsunęła mi link do serii podcastów w języku polskim z programu Tłumacz/ka w […]

February 14th, 2014

Miłego świętowania!

February 10th, 2014

Ekwiwalencja w przekładzie…

January 31st, 2014

Podcasty, wywiady, sławni znajomi

Od początku prowadzenia bloga zbieram się do porządnego wpisu o doskonałej technice nauki języka, jaką są podcasty, a tymczasem wyprzedziła […]

January 16th, 2014

Anglistyczny zespół do spraw zmagań z ideologią gender

W kole przekładu literackiego na warszawskiej anglistyce zorganizowałem konkurs, żeby wyłonić dziewiątkę tłumaczy pracujących nad przekładem opowiadań Oscara Wilde’a. Konkurs […]

December 15th, 2013

Jakość tłumaczenia literackiego

Jak pisałem, w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego tworzy się koło przekładu literackiego – razem ze studentami przetłumaczymy i wydamy baśnie […]